Gdzieniegdzie stały pojedyncze, zaniedbane domy, zbudowane w tego co można zazwyczaj znaleźć w lesie. Były to głownie gałęzie, liście, bale drewna, czy też zeschła trawa. Może gdyby to miejsce tętniło życiem byłoby tutaj całkiem przytulnie, jednak wszystko było jakby zastygnięte w czasie, puste i tajemnicze.
- Ale hola, hola! Co tutaj zaszło? - zastanawiał się przypadkowy podróżny. Miał ze sobą tylko najpotrzebniejszy dobytem, a w drodze był od wielu dni, na co wskazywały jego przepocone i zmierzwione ciuchy oraz rozczochrana czupryna.
- Halo! Czy jest tu kto?! - wykrzyczał, starając się dostrzec najmniejszy możliwy ruch lub usłyszeć najmniejszy szmer - Najwidoczniej nikogo nie ma... może po prostu wszyscy się wynieśli. To pewnie przez trudny dojazd. Komu chciałoby się tutaj pokonywać taki szmat drogi? - zaśmiał się sam do siebie. Rozmowy sam na sam były jego specjalnością. Jednakże było sporo racji w tym co mówił. Rzeczywiście wioska opustoszała, mylił się jedynie co do powodu...
Po kilkunasto minutowej przechadzce, nasz przypadkowy podróżny postanowił zajrzeć do jednego z domów, znajdujących się przy drodze. Liczył na znalezienie odrobiny prowiantu na dalszą podróż lub innego przydatnego ekwipunku. Najpierw z przyzwyczajenia zapukał do drzwi, a następnie nacisnął klamkę i mocno popchnął w kierunku od siebie. To co ujrzał przeszło jego najśmielsze oczekiwania. Na samym środku chatki piętrzył się stos cuchnących trupów. Woń przepełniająca pomieszczenie zmusiła go do mimowolnego wyskoczenia na zewnątrz. Upadł na kolana.
- Aaaghh - wydał z siebie zduszony okrzyk. Nagle coś poruszyło się w rogu pokoju i rzuciło się w jego kierunku. Nie miał czasu na jakąkolwiek reakcję.
- ZARAZA! ZARAZA! - krzyczał jak opętany mężczyzna zbliżający się do podróżnego. Nim zdążył dobiec, upadł bez życia zaraz u jego stóp. Jego skóra w najmniejszym stopniu nie przypominała ludzkiej. Była jakby nadgnita, nierówna, pokryta chrostami. Świat zamarł. Minęło wiele minut zanim podróżnemu wróciły wszystkie zmysły i zmusił się do wstania.
- Co za szok! To chyba pora zabierać nogi za pas. - pomyślał. Podniósł się z ziemi i obrócił w przeciwną stronę. W miejscu wcześniej opuszczonym, zauważył zbliżające się postacie niosące świetliste przedmioty. Zmrużył oczy. Po krótkim czasie doszedł do wniosku, że są to pochodnie. Postanowił poczekać na rozwój wydarzeń.
- Stać! Kim jesteś? - zapytali nieznajomi. Byli ubrani w proste ubrania, a ich twarze zakrywały czarne szale.
- Emmm, przypadkowym przybłędą. Soreczki za zamieszanie, ale macie tutaj chyba jakieś problemy, więc może lepiej sobie pójdę.
- A więc widziałeś co tutaj zaszło. Może w innych okolicznościach puścilibyśmy cię wolno, ale teraz... Spłoniesz wraz z zarazą! Nie będziesz jej dalej roznosić!
- Że jak??! To chyba jakieś żarty! Musimy to natychmiast wyjaśnić.
- Nie ma nad czym się zastanawiać. - mówiąc to tajemniczy jegomość wyciągnął linę.
Parę sekund później było już po wszystkim. Podróżny nie miał szans z trzema większymi od siebie napastnikami. Podczas heroicznej walki stracił przytomność od mocnego uderzenia pięścią.
Ocknął się, gdy słońce już zachodziło. Został związany i wrzucony do jednej z chat, w której zapach dorównywał poprzedniej. Nie było widać żadnych ciał, ale to przez niedobór światła. Mężczyzna dostrzegł przez szybę okiennicy rosnący płomień imający się drewnianej konstrukcji. Zaczęło robić się też coraz goręcej. Rozglądał się po powoli jaśniejącym pomieszczeniu starając się znaleźć drogę ucieczki. Przez drugie okno zobaczył małą postać, która siedziała na drzewie z żelazną miną. Jej oczy przykuły całą jego uwagę. Po jakimś czasie doszedł do wniosku, że jest to mała dziewczynka. Pomimo niemal pewnej śmierci wydawała mu się ona bardzo ważna, ważniejsza od zaistniałej sytuacji. Patrzyli tak na siebie, aż do momentu gdy płomienie dosięgnęły jego ciała.
Oczy dziewczyny zaczęły się robić coraz większe, aż w końcu mogłyby pochłonąć cały ten obraz na tyle by zrozumieć co się tutaj odbywa. Nagle mrugnęła...
***
Therese obudziła się we własnym łóżku. Obraz z dzieciństwa znów wydawał się tak realny. Czy to na pewno sen...
- Teri śniadanie! - zawołał damski głos gdzieś z niższego piętra. Ona jednak nic nie odpowiedziała.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz