- Ha! Udało się! - powiedziała sama do siebie, gdy po raz pierwszy rozpaliła ogień - Przynajmniej nie będę, jadła surowizny. Ostatnio pa takim sushi zrobiło mi się niedobrze...
Jednak niewiele dzieliło ją od decyzji o powrocie na swoje dawne miejsce. Nie czuła się w 100% gotowa, nie wiedziała od czego zacząć. Dodatkowo cały czas towarzyszyła jej samotność oraz brak możliwości rozwiania wątpliwości.
- Kurczę. Co jeśli wszystko runie jak domek z kart, albo domino? Nie mam zielonego pojęcia co tak naprawdę chcę teraz zrobić. Idę naprzód szukając jakiejś okazji? To głupie. - Myśli kłębiły się w jej głowie, jak wata cukrowa na corocznych odpustach. - Przecież nie wbiję do króla elfów i powiem: Hej, hej. Musisz pogodzić się z cesarstwem ludzi, bo inaczej KATASTROFA! W drugą stronę to też nic nie da. Obie te krainy od jakiegoś czasu się bardzo nie lubią. Mają jakąś drakę o niewolnictwo, czy coś takiego. Hmmmm... Nie mogę też pójść od tak do nekromantów. Bo co? Będę ich śledzić krok, w krok? Niby w ten sposób zdobyłabym dowody, żeby przekonać do zjednoczenia ludzi i elfów. Ale... przecież nie jestem żadnym Sherlockiem. Nie wyjawią mi też swoich planów, prędzej sprawią że dołączę do ich cuchnącej armii. Och! Jestem w kropce!
Każdego dnia Teri przeznaczała coraz więcej czasu na rozmyślania o tym co w ogóle robi i dokąd zmierza. No właśnie... Idzie gdzieś, ale nie ma pojęcia gdzie. Ta bezcelowość przyprawiała ją o ból głowy przez co z dnia na dzień robiła mniejszą ilość kilometrów. Nie miała na nic ochoty, ani chęci.
***
- Ludzie? Elfy? Nekromanci? Co wybrać?
Gapiła się tak w rzeźbione drewno jeszcze przez parę minut. Nagle coś w niej pękło. Może przecież użyć w końcu swoich cudownych kart! Wcześniej bardzo się przed tym wzbraniała. Nie chciała pochopnie rzucać zaklęciami na lewo i prawo. Szczególnie po instrukcjach jakie otrzymała od Gruzildy. Wyciągnęła ze swojej kieszeni niewielkie pudełeczko z napisem "Ampelius". Wyciągnęła kartę ze złotymi literami, które układały się w słowo - Cesarzowa. Na grafice widniała poważna matrona w wysoko podniesioną głową. Wydawała się lekko uśmiechać. Poniżej znajdowało się zaklęcie napisane runicznym językiem elfickim.
- Na całe szczęście uczyłam się tego w szkole na dodatkowych zajęciach. No dobra, raz kozie śmierć! - pomyślała Teri, wzięła głęboki oddech i zaczęła czytać lekko kalecząc elfią wymowę.
Coś błysło, coś sykło i w kłębach białego dymu ukazała się postać. Kobieta stała dumnie, ze skrzyżowanymi dłońmi, a bogato zdobiona szata spływała do samej ziemi. Otworzyła lekko usta:
- Co tam? - zapytała podniosłym głosem świdrując cygankę spojrzeniem.
- Ja jestem Teri i mam pewien problem...
- Wiem kim jesteś. Wszyscy zastanawialiśmy się kiedy będziemy mogli Cię bliżej poznać. Trochę to zajęło szczerze mówiąc :/
- Jak to... zastanawialiście się?
- Wyobraź sobie, że talia której jesteś właścicielką jest ciągle żywa. Gdy znikamy stąd nie oznacza to, że całkowicie przestajemy istnieć. Zamieszkujemy talię i ... jakby to ująć, przestrzeń, którą nazywamy Inną Rzeczywistością.
- Jeszcze przyjdzie czas, że się nad tym będę zastanawiała. Teraz potrzebuje rady, bo jestem całkowicie zagubiona.
- Oczywiście służę radą. Dam ci ich nawet więcej niż myślałaś. Po pierwsze muszę cię pouczyć. Nie możesz całkowicie blokować się na talię Teri! My jesteśmy dla ciebie. Musisz się przełamać w sobie i zacząć korzystać z daru jaki Ci się trafił.
- Ale Gruzilda, ona mówiła, żeby nie szastać zaklęciami.
- Owszem! Ale jestem pewna, że ty nie jesteś taka. Znajdź złoty środek.
- Dobrze. Obiecuję się o tym pamiętać. A co powiesz na to? - wyciągnęła rękę pokazując znak drogowy, pod którym się znajdowały. - Nie wiem dokąd pójść. Nigdzie mnie nie wysłuchają.
- Wiem, że to ciężka decyzja. Nawet ja nie jestem całkowicie pewna w niektórych przypadkach. Ale znam lekarstwo na twoje troski. Znajdź sprzymierzeńca! Sama wiele nie zdziałasz w takiej sytuacji. Jednak tak jak ci mówiono - wybieraj ich bardzo ostrożnie. Nigdy nie wiadomo kto udaje i pogrywa sobie z tobą. Może gdy będziesz sama nie wysłuchają twoich słów, lecz w grupie zawsze raźniej.
- To nadal brzmi skomplikowanie, ale myślę, że masz rację!
- Jako pierwszy priorytet ustaw sobie pogodzenie elfów i ludzi. To bardzo ważne w dzisiejszych czasach. Nie wiadomo kiedy przybędzie armia nieumarłych, a czas ucieka na jakichś kutniach i niesnaskach :/
- Muszę znaleźć jedno dobre rozwiązanie. Teraz o wiele bardziej wierzę w siebie. Dziękuję bardzo za twoje wsparcie.
- Powodzenia Teri! Pamiętaj, że teraz przez jakiś czas nie będę mogła cię wspierać. Ale, gdy tylko będziesz mnie potrzebowała - wołaj! Cała talia jest do twojej dyspozycji, nie bój się z niej korzystać. Bądź silna i pewna siebie, bo inaczej wszystko legnie w gruzach twojej zmarnowanej szansy. Do zobaczenia...
Po raz kolejny pojawiły się obłoki tajemniczego dymu, które zaczęły obejmować postać.
- Będę! - zdążyła na pożegnanie dodać Teri.
Ostatnie promyki światła i dziewczyna znów była sama na skrzyżowaniu. Rzuciła ostatnie spojrzenie na znak i pobiegła w stronę, którą ten nazywał Cesarstwem Ludzi. Teraz już nie oglądała się wstecz. Wiedziała, że ma misję i za wszelką cenę ją wykona.
***
Kilka dni później Teri poznała o wiele więcej kart ze swojej talii. Codziennie starała się poznawać kolejne - ich moc, przeznaczenie i sposób w jaki najlepiej ich użyć. Gdy siadywała na przerwy, w nocy, trenowała z nimi. Nie tykała się tylko dwóch z nich - Śmierci oraz Koła Fortuny. Wiedziała, że są nieobliczalne i nie należy ich używać w błahych sytuacjach. Co jakiś czas wspominała słowa Gruzildy i Cesarzowej. Dodawały jej otuchy i sprawiały, że samotność na jakiś czas znikała.
Każdego dnia przemierzała też sporą ilość kilometrów i poznawała nowe obszary. Nigdy wcześniej nie widziała podobnego krajobrazu. Napotykała rozległe farmy pokrywające po horyzont wzgórza oraz równiny, często widywała wiatraki, w których wyrabiano mąkę. Zobaczyła także pierwsze w swoim życiu zamki. Wszystkie wydawały się być bajkowe, malownicze. Co jakiś czas można było dostrzec pojedynczy na pagórku, w oddali. Podobno w nich zasiadali rycerze broniący wieśniaków przed ewentualnym zagrożeniem.
Dziewczyna stała się też bardziej otwarta na ludzi, zaczęła z nimi rozmawiać, zdobywać informacje, ale nie zapomniała, aby nie powierzać nikomu celów swej podróży. Jednak nie przeszkadzało jej to w byciu życzliwą w stosunku do otaczającego ją świata.
Każdego wieczora podziwiała zachód słońca, który wcześniej przysłaniały jej drzewa.
Właśnie podczas jednego z takich zachodów słońca postanowiła zejść z wozu transportującego stosy siana. Rano spotkała pewnego mężczyznę, który zaproponował jej podwózkę. Teri początkowo była okropnie podejrzliwa, jednak promienisty uśmiech i miły wyraz twarzy przekonały ją do skorzystania z oferty. Milky Will - jak kazał się nazywać - okazał się świetnym towarzyszem podróży. Jednak dziewczyna sprytnie kryła swoje zamiary i omijała niewygodne pytania, które mogłyby jej w przyszłości zaszkodzić. Zwinnie zmianiała tematy na takie typowe: rozmawiali o słonecznej pogodzie, o ciuchach lub o słodkich pieskach. Udało się jej nawet dowiedzieć co nieco o okolicy. Różne plotki krążyły pośród wieśniaków. Podobno najwięcej można było dowiedzieć się w kościołach, gdzie jakieś staruszki na okrągło plotkowały i mówiły co im ślina na język przyniosła. Ale w każdym słowie było ziarnko prawdy, które Teri wydobyła od Milky Willa. Mieszkańcy spodziewali się nadciągającej wojny z różnych stron - nie ufali ani elfą, ani krasnoludom czy nawet sędziwym czarodziejom. O orkach nie wspominając! Cygance trochę zbledła mina, kiedy tylko usłyszała te informacje.
- Jak do licha mam zapanować nad tym kotłem? Przecież tu się dzieje jakaś masakra. Na serio potrzeba mi kogoś do pomocy... - pomyślała.
Mężczyzna zawarzył zmianę w zachowaniu współpodróżniczki.
- Jeśli chcesz możemy zmienić temat, ten chyba cię trochę znudził...
- Nie, nie to tak po prostu. Smutne wiadomości tak na mnie wpływają.
Słońce powoli zaczęło zachodzić za horyzontem, a niebo stało się już niemal całkowicie pomarańczowe. Teri dostrzegła wioskę, która mieściła się paręset metrów od drogi.
- To chyba pora na mnie. Tutaj wysiądę.
- Na pewno? Jeśli chcesz to mogę Cię dalej podrzucić!
- Nie ma potrzeby. Mam tutaj... tutaj mieszka... moja ciocia! Tak właśnie!
- Hmmm... skoro tak wolisz. Prrrr! - konie momentalnie stanęły dęba i powóz się zatrzymał.
- Dziękuję za wszystko jeszcze raz! Dowidzenia!
- Do zobaczenia Teri! Pozdrów ciotkę!
Dziewczyna posłała ostatni ciepły uśmiech w stronę Milky Willa i skręciła w mniejszą uliczkę.
Wioska nie oszołamiała bogactwem i przepychem, ale za to wyglądała na bardzo rodzinną. Wszędzie biegały dzieci, za którymi biegały matki. Mieszkańcy obdarzali Teri niezbyt ufnymi spojrzeniami, bo chyba rzadko zdarzał się tu ktoś całkowicie obcy. Pierwszą osobą do której postanowiła zagadać był sprzedawca stojący przy stanowisku z pięknie pachnącymi wyrobami garmażeryjnymi. Cyganka dowiedziała się od niego trochę na temat wioski. On dał jej kilka rzeczy do spróbowania przed zakupem. Jednak gdy Teri zajrzała do swojej sakiewki zlękła się - była prawie pusta!
- Już wszystko wydałam?! - krzyczała w swojej głowie.
Wtedy właśnie wpadła na genialny pomysł. Wzięła trochę chleba, serka białego i dżemu. Wszystkie te produktu stały na stoisku w sporej odległości od siebie.
- Spróbuj! - powiedziała do sprzedawcy.
- Fu! Co to za jakieś paskudne połączenie?!
- Zaufaj mi! To przepis z moich rodzinnych stron. - dziewczyna uśmiechnęła się lekko.
- No dobra. - Mężczyzna zrobił małego gryza, po czym jego oczy poszerzyły się momentalnie w wyrazie zachwytu i zaskoczenia. Nastąpił kolny gryz i. następny i następny... aż pochłonął całą kanapkę w oka mgnieniu. - Wyborne! Wyborne! WYBORNE! Nigdy nie wpadłbym na takie coś. Niezwykle pomysłowe!
- Jadam to niemal codziennie. A przynajmniej jadałam... Miałam nadzieję, że panu posmakuje!
- Jest doskonałe. Trzymaj! - sprzedawca podał jej spory worek, w którym znajdował się smakowity prowiant.
- Niestety okazało się, że nie mam jak zapłacić. Przykro mi.
- Nie ma sprawy! Jedyne czego chcę to pozwolenia na wykorzystanie twojego przepisu w moim sklepie. Zgadzasz się na takie warunki? Dorzucę nawet parę monet!
- Ojejciu! Oczywiście! W takim razie życz szczęścia. Pa!
- Teraz pobiję całą konkurencję o głowę! Z taką pychotą! Dowidzenia!
Przez następną godzinę szeroki banan nie znikał z twarzy Teri. Lubiła pomagać ludziom i czynić ich radosnymi. Czuła, że zasłużyła sobie na porządny posiłek. Usiadła na skraju chodnika i zajadała się różnościami z otrzymanego pakunku. Przy okazji obserwowała życie wioski. Zrobiło się już niemal całkowicie ciemno, więc większość ludzi zniknęła we wnętrzu budynków. Z miejsca, w którym siedziała z łatwością zlokalizowała najbardziej oświetlony oraz najgłośniejszy budynek - była to gospoda, o której dowiedziała się z rozmowy ze sprzedawcą. Podobno handlarze, którzy regularnie odwiedzają tę wioskę, żeby wymienić swoje towary, nocowali właśnie w tam. Nad drzwiami znajdował się szyld z napisem: Wrony, Sroki i Skowrony. Najwidoczniej taką nosił nazwę, choć wydała się trochę dziwna według Teri.
- Przynajmniej mam jak zapłacić za nocleg. Muszę lepiej gospodarować tym co mam... - zamyśliła się jeszcze na parę chwil, po czym wstała, zebrała swoje manatki i weszła do środka.
- Witamy w gospodzie Wrony, Sroki i Skowrony. Czym mogę służyć? - do Teri szczerzyła się kobieta w średnim wieku z wielką kokardą we włosach.
- Emmm... Chciałabym wynająć pokój na jedną noc. O ile to nie problem oczywiście.
- Ależ skąd! Zapraszam...
Cyganka została mile ugoszczona przez gospodynię, zapłaciła co trzeba było (nie tak dużo jak się spodziewała) i dostała klucz do swojego prywatnego pokoju.
- Proszę tamtędy na korytarz. Potem w prawo. Na miejscu powinny być czekoladki na poduszce. - kobieta mrugnęła w stronę Teri znacząco.
- Ale super! - pomyślała i natychmiast pobiegła w stronę wskazaną przez kobietę.
Jednak zdążyła zrobić zaledwie kilka susów, gdy zobaczyła jak drzwi , które chciała otworzyć lecą z impetem w jej stronę. Prosto w jej twarz. Później już tylko chrząst, przenikliwy ból i smak krwi w ustach. Upadła i przez pełne napięcia zamieszanie usłyszała tylko :
- Sory!
- Wracaj tu! Złodziej! Złodziej!
cdn.
