Teri miała w głowie od dawna zaplanowany obraz dzisiejszego dnia i nie mogła pozwolić sobie na opóźnienie. Niestety sen, który dopadł jej tej nocy, nieco wydłużył poranne czynności - długo nie mogła zmusić się do wstania ze swojego słomianego łoża. Powoli zeszła po schodach by znaleźć się w kuchni, gdzie czekała na nią zniecierpliwiona matula.
- Co tak długo? Śniadanie od 20 minut ci stygnie na talerzu! - powiedziała chłodnym tonem dojrzała kobieta. Jej kruczoczarne kołtuny powoli zakrywały pasma długich, szorstkich włókien. Twarz, choć pokryta zmarszczkami i ogólnie wykończona życiem, mogła kiedyś przypominać tą posiadaną przez Therese.
- Nie mam na to czasu, i tak już zaspa...
- Nie, nie, NIE! Nawet mi nie mów, ze dzisiaj też gdzieś wychodzisz. Odwiedza nas dzisiaj wujek Rosh i ciocia Cornelia. Mają zabrać cię do miasta i pokazać czym się zajmujemy. Myślę, że jesteś już na tyle dorosła, aby zacząć pracować i wspomóc rodzinę finansowo.
- Co?! Nie mam zamiaru zajmować się jakimś kuglarstwem i oszukiwaniem ludzi. Nienawidzę za to naszej społeczności.
- Czy ci się podoba, czy nie to jest twoje dziedzictwo.
- Chyba oszalałaś! Tata nie chciał tego, starał się naprawdę pomagać ludziom, zamiast opowiadać im bajki o ich przyszłości...
- Tata nie żyje, zrozum to. A my musimy jakoś iść do przodu tylko tak jakoś przetrwamy.
- Czemu to ciebie nie pochłonęła zaraza!!!
Matka nie wytrzymała i wymierzyła dłonią w lico córki, jednak w ostatniej chwili zatrzymała ją w powietrzu.
- TERI, MARSZ NA GÓRĘ! ALE JUŻ!
Dziewczyna jednak popatrzyła jej w oczy ze smutkiem, odepchnęła i otworzyła drzwi, żeby uciec. Ku jej zdumieniu zobaczyła tam postawnego mężczyznę oraz drobną kobietę. Był to wujek i ciocia.
- Teri! Chyba słyszałem jakieś okrzyki radości. - powiedziała wesoło ciocia Cornelia.
Ona jednak nie chciała zostać tam ani chwili dłużej. Ominęła ich i pobiegła ile fabryka dała, tak aby znaleźć się jak najdalej od swojej zaborczej matki.
- Teri! Teri! Co się stało? - słyszała gdzieś w oddali znajome głosy. Jednak z czasem okrzyki zaczęły milknąć rozpływając się w powietrzu.
Po zabójczym maratonie zatrzymała się przy wąskiej rzeczce. Musiała chwilę odsapnąć, więc klapnęła na olbrzymim kamieniu i nabrała łyk lodowatej wody. Zaczęła rozmyślać o tym co się właśnie wydarzyło.
Poczuła, że postąpiła słusznie, choć słowa, które rzuciła w stronę matki - "Czemu to ciebie nie pochłonęła zaraza?" - były wypowiedziane z żelazną miną, to w środku poczuła okropne przygnębienie i żal do samej siebie.
- Czy naprawdę jestem taka? Okropna ze mnie córka... - myśli kłębiły się w jej głowie. - Ale to oni postępują niesłusznie! Cała wioska, rodzina, ludzie! Jak oni mogą tak nabierać biednych mieszczan?! Tata miał pewien cel w życiu. Naprawdę starał się wspierać innych swoim darem widzenia przyszłości. On widział ją, tak...tak na poważnie...
Therese nie interesowała się ni tarotem, ni wróżbiarstwem od jego śmierci. Nie widziała w tym żadnego sensu, a szczególnie gdy miałaby zmyślać. Zawsze starała się być jak najbardziej szczera, aż do bólu. Pewnie dlatego miała tak mało przyjaciół... Posiadała za to czas dla siebie! Gdy inne dzieciaki uczyły się układać karty, ona ciskała nimi to w drzewa, to w jakieś ruchome cele niczym wyborowy łucznik strzałami. Wychodziło to jej to znakomicie! Przez to prawie codziennie wracała ze szkoły z uwagami w dzienniczku - za bójki, albo zakłócanie spokoju w klasie. Ale czy te jej wina, że Pamela Liberation śmiała się z jej postrzępionych kart? Pokazała jej tylko co potrafią te cudeńka wysyłając w złośnicę całą serię - nic nie zostało z jej bujnych loków! Jednak mało kto potrafił docenić jej zdolności. Zakolegowała się tylko z jedną dziewczyną z klasy - Felisią Crisp. Teri uczyła ją jak poprawnie rzucać kartami, a w zamian otrzymywała lekcje kung-fu! W tym również była niesamowicie dobra. Wkrótce uczennica przerosłą "mistrza" i wspólnie trenowały nowe układy podczas codziennych spotkań w lesie. Na dzisiaj też były umówione, dlatego dziewczyna musiała szybko zmykać z domu. Za. nic nie chciała pominąć kolejnych ćwiczeń.
- Ok, muszę się zbierać. Felisia nie może czekać! - pomyślała i zebrała się na równe nogi. Już uspokoiła siebie oraz swój oddech. Nie chciała dłużej rozmyślać nad kutnią, a tym bardziej nad tym co czeka ją po powrocie do domu.
Szła powolnym spacerkim chłonąc przecudne widoki, które roztaczały się dookoła. Droga była dokładnie wydeptana w wysokiej trawie. Pod stopami spokojnie płynął strumyk, przy którym wcześniej odpoczywała, po drugiej stronie zaczynał się rzadki lasek, gęstniejący wraz z odległością, przez liście sączyły się strugi światła ogrzewające twarz Teri. Dziewczyna była dość urodziwa, jednak wychodząca poza schemat typowej cyganki. Stosunkowo lekkie rysy twarzy nadrabiała swoją nad wyraz intensywną mimiką. Po jej czole spływały czarne jak noc, kędzierzawe włosy - takie jak posiadała matka w młodości - właśnie włosy najbardziej je do siebie upodabniały. Therese często lubiła nosić chustki na głowie, oraz delikatną biżuterię. Nie przepadała za sukienkami, chociaż zakładała je z przyzwyczajenia. Wolała w ich miejsce założyć luźne spodnie z szerokimi nogawkami zwężającymi się pod kolanem. W takich ubraniach czuła się wolna i cieszyć się swobodą ruchów przy treningach. Mimo, że cyganie są postrzegani przez innych jako lud wolny i bez zasad, ona widziała to zupełnie inaczej. Całe społeczeństwo było skostniałe! Źle odbierali jej lekkiego ducha oraz brak skrępowania, które tak kochała.
Teri coraz bardziej zbliżała się do miejsca gdzie zazwyczaj umawiała się z Felisią. Był to gęsty las, nieprzypominający tego koło strumyka. Wiele osób bało się go, mówiąc, że zamieszkują go cudaczne istoty takie jak centaury, czy nimfy. Nic dziwnego - Levensfree znajdowało się na granicy ziem elfów i ludzi, chociaż należało bezpośrednio do tych drugich. Therese nie bała się tych stworzeń. Niejednokrotnie ucinała sobie z nimi pogawędkę, im również zależało na swobodzie tak jak jej. Rozumieli się doskonale.
- Felisia! Halo?! - zawołała za koleżanką - Hmmm, chyba jej jeszcze nie ma. No trudno, nie wie co ją ominie - zaśmiała się w duchu.
Postanowiła nie marnować czasu, więc rozpoczęła trening. Zadawała serię ciosów, raz nogami, raz rękami prosto w konary starych drzew wizualizując przy tym postać przeciwnika.
Minęło sporo czasu i nikt dalej się nie zjawiał. Zawiedziona Teri zasiadła na trawie i wsłuchiwała się w cichy szelest liści. Sprawiało jej to błogą radość. Potrafiła się wtedy niezmiernie skupić i odprężyć. Nagle przed jej oczyma ukazał się nieznany obraz. Było to miejsce...Tak to Levensfree! Ale jakieś takie zdeformowane. Po chwili Zauważyła okropny chaos, przypominający ten z dzieciństwa. Czyżby znowu ścigało ją widmo przeszłości. Nie! To jest obraz znany z teraźniejszości, jednak czy to możliwe... to oznacza, ze zaraza może powrócić! Teri szybko otwarła oczy i próbowała się poderwać.
- Nie! To nie możliwe! Tak nie może być! - krzyczała. - Muszę komuś o tym powiedzieć.
Zszokowana dziewczyna nie zwracając uwagi na zmęczenie, pobiegła w stronę wioski, tą samą drogą, którą tu przybyła.
Podczas podróży nawiedzały ją kolejne widzenia. Te, które już były i te które mogą nadejść... W głowie dziewczyny ugrzązł obraz ojca, wszystkie wspólne chwile. Większość czasu spędzała właśnie z nim. Nauczył córkę samodzielności i zaradności, zawdzięczała mu to kim teraz jest.
Gdy docierała do celu obrazy zanikały. Zobaczyła znajomą twarz w oddali. Była to Felisia! Nie można pomylić z nikim tej blond czupryny.
- Halo! Hej! - krzyknęła w stronę koleżanki przybliżając się.
- T...Teri? Ojej, przepraszam, że mnie nie było, ale...ale...
- Mam Ci coś ważne... no właśnie, gdzie byłaś? Byłyśmy przecież umówione.
- No właśnie mam ci coś ważnego do powiedzenia. - Teri rzuciła jej pytające spojrzenie - Wiem, że miałuśmy pomagać i tak dalej, ale rozmawiałam dzisiaj z twoją i moją mamą. Od dzisiaj zaczynam szkolenie i będę jak inni chodziła do miasta. Przeprasza.
- Jak to?! Nawet ty? Przecież zawsze mi obiecywałaś... - Therese z trudem powstrzymywała łzy - To pewnie moja mama zrobiła ci takie kiełbie we łbie. Zaraz z nią poważnie porozmawiam!!!
- Teri! Czekaj! Miałaś mi coś ważnego powiedzieć. Teri!
Ona jednak nie słuchała. Była już w drodze do swojego domu. Miała zamiar wszystko wyjaśnić ze swoją matulą. Nie mogła... nie chciała tego dłużej tolerować. Tym razem była gotowa opuścić swój rodzinny dom, chociaż obiecała tego nie robić swemu ojcu na łożu śmierci. On wiedział, że może kiedyś do tego dojść - obie z mamą nigdy się nie dogadywały. Teri uważała, że kobieta chce jak najbardziej podciąć jej skrzydła, usidlić na zawsze u swego boku.
- Coś ty narobiła? Słucham! - wykrzyczała Therese gdy tylko z impetem wparowała do swojego domu.
- Ooo, córeczka jak miło cię widzieć. Czy coś się stało? - wargi kobiety zdawały się wędrować ku górze .
- Nie udawaj głupiej. Wiem co zrobiłaś! Masz to teraz natychmiast odkręcić.
- A coś ty myślała? Ciocia i wujek jechali tu taki szmat drogi dla ciebie. Chcieli cię czegoś nauczyć... ale ty jak zwykle swoje. Nie mogłam im pozwolić odejść z pustymi rękami. - powoli zaczęła wstawać ze swojego miejsca - To jest biznes dziecko. Teraz ta twoja koleżanka od siedmiu boleści - panna Crisp! - zajmie twoje miejsce i będzie pod ich okiem pracowała w mieście.
- Ja... ja cię nie poznaje! Przeszłaś samą siebie! Jak mogłaś mi coś takiego zrobić?
- A jak inaczej mam cię tutaj zatrzymać? Hmmm?
- Właśnie nie możesz. Nie zostanę tutaj ani chwili dłużej. Odchodzę!
- Nigdzie cię nie puszczę! - chwyciła Therese za nadgarstek.
- A może to ta zaraza...Ona cię zmienia. Znów ją widziałam, ale tutaj. W teraźniejszości...
- Jak?! To może znowu Gruzilda, jak ona śmie. - powiedziała pod nosem puszczając z uścisku Teri. - Musimy ją powstrzymać.
- Co? Kim jest Gruzilda? Mamo! - Teri układała sobie w głowie nowo poznane fakty. Nigdy nie dowiedziała się co sprowadziło plagę. Nikt nie chciał jej udzielić informacji, pomimo że była jej naocznym świadkiem. - Czy to ona sprowadziła zarazę?
- Nie mam czasu! Muszę poinformować burmistrza. Ta wiedźma znów przeciw nam knuje! Ale nie ma odwagi wyjść z tego swojego zarośniętego lasu.
Matka wyszła kierując się Do Głównego Budynku, w którym zasiadał burmistrz. Teri była w szoku! Przed chwilą się kłóciły i nic innego nie miało znaczenia. Jednak teraz? Dziewczyna nie wiedziała co robić. Postanowiła posłuchać głosu swojego serca, a ono podpowiadało jej tylko jedno - Znajdź Gruzildę! Może to ona da ci wszystkie odpowiedzi - Nie miała w końcu nic do stracenia, jej życie i tak dostatecznie waliło się na głowę. Lasu z resztą i tak się nie bała.
Wyszła więc po chwili wewnętrznej rozmowy. Czuła napływającą adrenalinę. Teraz wszystko się zmieni...
Na zewnątrz zobaczyła Felisię. Postanowiła do niej podejść - wiedziała, ze postępuje słusznie.
- Teri! Nic ci nie jest? Wyglądasz koszmarnie... - zaczęła Felisia.
- Naprawdę nie mam na to czasu! Czy wiesz coś o Gruzildzie? - zapytała stanowczo.
- Ja... Co? Nie wiem, czy mogę... - dziewczyna widocznie się speszyła.
- Gadaj natychmiast! Wiem, że nie umiesz kłamać.
- No, ale mi zabronili... No... no dobrze. Niektórzy mówią, że mieszka gdzieś w tamtej stronie lasu. Koło stawu. Tylko tyle wiem. Nikt miał ci nie mówić, bo wiedzą jakim lekkoduchem jesteś, i że niczego się nie boisz... Proszę uważaj na siebie i nie narób głupot. Proszę!
- O mnie się nie martw. Hah! Nasze drogi chyba tutaj się rozstają. Myślałam, że jesteś twardsza i im się nie dasz. Może jednak coś z ciebie będzie.
- Nadal nie zapomniałam o moich obietnicach. Zrobię co w mojej mocy. Żegnaj Teri!
Dziewczyny jeszcze raz objęły się. Mimo, iż tak wiele je teraz dzieliło, nadal czuły wspólną więź. Po paru sekundach Therese odbiegła. Musiała się spieszyć, żeby zdążyć przed wioską dotrzeć do "wiedźmy z lasu".
- Nie można ciągle żyć przeszłością. Muszę odkryć co tutaj się wyrabia - pomyślała Teri i zniknęła gdzieś w ciemniej puszczy.
cdn.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz