poniedziałek, 4 grudnia 2017

Rozdział IV - Bóle mniejsze i większe cz. 1

  Wszystko dookoła zastygło. Każdy oddech, każde słowo, wszyscy znaleźli się w bezkresnym letargu. Kelnerka przestała nalewać piwo do kufla, kot zawisł w powietrzu, a tancerki pozostały w swych fikuśnych pozach. Wcześniejszy hałas spowodowany zaistniałą przed sekundą sytuacją, muzyką i rozmowami ucichł. Teri powoli wstała podpierając się na wyciągniętej w jej kierunku ręce mężczyzny proponującego pomoc (on też aktualnie był słupem soli). Otrzepała się z sukienkę z kurzu   i sprawdziła, czy nic oprócz nosa nie zostało złamane. 

- Chyba reszta jest cała. Ale ten nos... jak to boli!

- Do wesela się zagoi. Nikt nie mówił, że będzie łatwo. - wyszeptał powoli młody mężczyzna. Zwisał 
on z sufitu przywiązany za stopę do grubej liny. Był to Wisielec z talii kart należącej do Therese.

- Pocieszenie mi teraz nie jest potrzebne. Ile jeszcze potrwa zaklęcie? Muszę dogonić tego kolesia, który mi to zrobił. 

- Zostało Ci trochę czasu. Ale musisz się pospieszyć! - mówił coraz szybciej, jakby się rozkręcał i odtajał. 

- Dzięki wielkie. A co z nim? - Dziewczyna wskazała na osobę podającą jej rękę. - Nie zdziwi się, że znikam w ułamek sekundy?

- Zostaw to mnie. Stworzę mini iluzję. Tak jakbyś szybko zebrała się i wyleciała stąd w trymiga. 

Therese kiwnęła porozumiewawczo głową i wyszła na zewnątrz. Mogła teraz całą swoją uwagę i czas (którego miała niemal nieograniczoną ilość) poświęcić na znalezienie łobuza, który był odpowiedzialny za jej rany. 
 Na zewnątrz panował już głęboki mrok. Kątem oka udało się jej dostrzec ślady, które mogły sugerować, że chwilę temu ktoś przemkną tędy w zbójeckim pośpiechu - zrzucona z parapetu donica i rozdeptana ziemia. Natychmiast podążyła za poszlaką, która pokierowała ją aż do rogu ulicy. Gdy tylko się wychyliła dostrzegła mężczyznę. Tego który wybiegł jako drugi od strony korytarza.

- Mam cię! - powiedziała pod nosem Teri, kiedy rozpoznała drugą postać - głównego sprawcę zbrodni. To on odpowiadał za jej upokorzenie, bolący nos oraz ogólne rozkojarzenie.
Spokojnym krokiem wyminęła goniącego, dzięki czemu znalazła się tuż przy tajemniczym chłopaku. Miał na sobie czarny kaptur. Można było dostrzec postępujące ruchy, co oznaczało, że zaklęcie Wisielca przestawało działać.


- No to sobie porozmawiamy... - cyganka lekko uchyliła drzwi do szopy, koło której aktualnie się znajdowali, weszła do środka i jednym ruchem pociągnęła za sobą chłopaka.
 W tym samym momencie wszystko wróciło do swojego naturalnego stanu...


***

- Ała! Co tu się... - nie dokończył, bo Teri przystawiła mu swoją rękę do ust. Sekundę później ścigający go mężczyzna przebiegł koło szopy.

- Bądź chwilę cicho. - wyszeptała dziewczyna cały czas spoglądając w kierunku uchylonych drzwi. - Jeszcze może wrócić.

- Zostaw mnie! - sprawnym ruchem pozbył się uścisku i wstał. Na jego twarzy momentalnie zawitało zadziwienie, gdy tylko zobaczył cygankę w całej okazałości. - To TY? Jakim cudem jesteś tu? Przed chwilą leżałaś na ziemi w karczmie.


- Po prostu... szybko chodzę. - dziewczyna na chwilę się zmieszała, po czym przypomniała sobie jaki jest cel pogoni za tym chłopakiem. - A TY masz mi tylko tyle do powiedzenia? To plus SORY? 


- No ja wiem, wiem, ale nie miałem przecież czasu, żeby cokolwiek zrobić. Musiałem uciekać. - powiedział otrzepując się z siana.

- No właśnie, bo jesteś złodziejem! - Therese popatrzyła na rzecz trzymaną przez chłopaka w ręce. Wygadało to jak zwinięty rulon papieru. - Co to jest?

- No to... to nie twoja sprawa. Mam swoje powody. - łatwo można było wyczuć zmieszanie w jego głosie.

- Teraz jest już moja. Wciągnąłeś mnie w to waląc drzwiami prosto w nos. Chyba należy mi się parę wyjaśnień, co? - popatrzyła na współrozmówcę spode łba.

- Naprawdę wolałbym Cię w to nie mieszać. Tu się liczą losy większe niż ty, czy ja. Być może uda mi się obrócić losy pewnej wojny. - zrobił krótką pauzę i westchnął - Paza tym, to nie ja tu jestem złodziejem. Ja tylko odbieram swoją własność, którą mi odebrano!
Teri w dalszym ciągu patrzyła na niego badawczo. Wyczuła w nim prawdziwe emocje, ale nie była przekonana na ile to gra, a na ile prawda.

- Dlaczego miałabym Ci od tak po prostu uwierzyć?

- Booo... - chłopak stanął prosto. Promienie księżyca oświetlały jego sylwetkę przez szparę w drzwiach. Jednym sprawnym ruchem ręki ściągnął kaptur zakrywający większość głowy. Oczą Teri ukazała się para szpiczastych elfich uszu i niemalże białe włosy. - Jestem elfem. A my nigdy nie kłamiemy. Chyba, że któryś odda się całkowicie ścieżce zła i nieprawości tym samym łamiąc nasz kodeks. Ale ja służę naszemu królowi całym sercem, duszą i ciałem. - w pokoju zaległa cisza jak makiem zasiał. Dopiero po chwili dziewczyna odważyła się odezwać.

- To wszystko zmienia! Znam wiele stworzeń z waszego królestwa. Wychowałam się na granicy między ludźmi, a elfami w cygańskiej wiosce. Jestem Therese, dla przyjaciół Teri.

- Cyganko Teri przyjmij najszersze przeprosiny od Rexa, królewskiego posłańca elfów...

- Co??? Rex? To imię dla psa. Elfy zawsze mają bardzo dumne imiona, jak na przykład Evenlass...

- Wiesz co? Ja posuwam się do największego aktu przeprosin, a ty mnie jeszcze wyśmiewasz?

- Przepraszam, po prostu musiałam jakoś odreagować. Jest mi niezmiernie miło! - cyganka postanowiła lekko ukłonić się nauczona elfią kulturą. - Gdyby tylko Dion to zobaczył. Królewski posłaniec... - wyszeptała pod nosem.

- Naprawdę znasz Diona? To mój przyjaciel. Niestety mamy mało okazji do spotkań, bo działamy w różnych rejonach. 
 Rex pomimo wcześniejszego speszenia coraz bardziej przekonywał się do Therese i i postanowił się trochę otworzyć.

- Ciekawe czemu nigdy o tobie nie wspomniał? Rozmawialiśmy nieraz całymi nocami. - odpowiedziała zaskoczona Teri. 

- Mamy swoje powody. Nastały ciężkie czasy, więc jesteśmy wysyłani na coraz większą ilość tajnych misji, o których nie możemy wspominać nawet najbliższym. Co prawda nie jesteśmy w stanie kłamać, ale wtedy mówimy jedynie część prawdy. Elfy są w tym mistrzami. Nasi nlajbliźsi najczęściej to rozumieją, choć nawet nie wiedzą gdzie, jak i nad czym pracujemy. - zbliżył się do cyganki. - Może chciałabyś mi pomóc i potowarzyszyć w podróży? Przyjaciele Diona są moimi przyjaciółmi. 

Teri momentalnie przypomniała sobie słowa Cesarzowej :

- "Znajdź sprzymierzeńca! Sama wiele nie zdziałasz w takiej sytuacji. Jednak tak jak ci mówiono - wybieraj ich bardzo ostrożnie. Nigdy nie wiadomo kto udaje i pogrywa sobie z tobą. [...]"
Przecież właśnie go znalazła! Nie oszuka jej, nie przeszkodzi w misji, a może nawet razem odeprą przeciwności losu!

- W grupie zawsze raźniej! Zgadzam się, ale pod jednym warunkiem...


***

- Czyli mówisz, że też masz jakąś misję do spełnienia, hmmm? Może chciałabyś mi zdradzić więcej szczegółów? - zapytał z zaciekawieniem Rex. Szedł żwawym krokiem, a zaraz za nim podążała Teri. 
Szli już od paru godzin. Słońce dawno pokazywało zbliżające się popołudnie. Dookoła rozpościerały się głównie pola i nieliczne drzewa. 

- Czy ja wiem? Już i tak chyba za dużo Ci wyjawiłam. Chociażby moje zdolności... - dziewczyna odpowiedziała przyjacielskim tonem.

- Powiem Ci, że trochę mi zaimponowałaś! Nigdy jeszcze nie spotkałem się z takim rodzajem magii. Wróżenie to już nie lada wyczyn, ale żeby wyciągąć jeszcze tyle ze zwykłej talii kart... Niesamowite! - młodzieniec popatrzył się na zwoje, których nigdy nie spuszczał oka, po czym powiedział: No dobra, ja powiem co sprawiło, że tu jestem, a wtedy ty uchylisz rąbka tajemnicy. Stoi? - obrócił się i wyciągnął wolną rękę w stronę Teri. 

- Nooo... Stoi! - cyganka zamaszyście uścisnęła dłoń w geście porozumienia. 
W tym momencie Teri na parę sekund całkowicie odleciała, tracąc kontakt z rzeczywistością. Ukazał się jej skrawek wizji, która była dość niepoukładana. Najpierw jakieś śmiechy, dwie podróżujące osoby, później czyjś tryumf, a na koniec nastąpiła pustka. Poczuła jedynie wielki żal i cierpienie. Nie potrafiła tego wytłumaczyć. Wcześniejsze wizje wyraźnie mówiły o co chodzi. 

- ... no i potem powiedział, że mam zdobyć to. - Rex potrząsnął zwitkiem, który trzymał. - Czy ty mnie w ogóle słuchasz? Wyglądasz na jakąś nieobecną. - powiedział ze skwaszoną miną. 

- Ja...ja... chyba muszę chwilę odsapnąć. Jakoś zakręciło mi się w głowie. - Teri poczuła spływający po plecach zimny pot. 

- Faktycznie nie wyglądasz najlepiej. Na razie trochę zwolnijmy i poszukajmy miejsca na nocleg. I tak za jakiś czas będzie się ściemniało. 

Po mniej więcej półgodziny spaceru natrafili na miło wyglądającego rolnika. Przedstawił się im jako Goor i zaproponował nocleg w swoim młynie. Kiedy Rex wszystko załatwiał Teri przycupnęła na pieńku i zamyśliła się patrząc na złote kłosy zboża:

- Co to było? Czy on mnie skrzywdzi? Może nie powinnam się z nim wcale zadawać, a tym bardziej zdradzać swoich sekretów. Przecież on już zna moje umiejętności. Nie zaskoczę go... - po raz kolejny, od kiedy wyszła ze swojej rodzinnej wioski, jej sytuacja znalazła się pod olbrzymim znakiem zapytania. - Powinnam zaczerpnąć kolejnej porady... ale nie przy nim. Musze go jakoś spławić, bo ...
W tym momencie poczuła rękę na swoim ramieniu. Odwróciła się i zobaczyła Rexa. Jego ciepły uśmiech na chwilę sprawił, że zapomniała o wątpliwościach. 

- Chodź. Już wszystko gotowe. - kiwną głową w kierunku młyna.

Wieczorem rozpalili ognisko przed swoją miejscówką i zjedli zupę, którą wręczył im Goor. Niby Teri i Rex ze sobą, ale rozmowa się nie kleiła. Cyganka cały czas badała teren i zmniejszyła swój stopień zaufania. Wiedziała, że chłopak to zauważył, ale oboje nie ruszali tego tematu. 

- Wiesz... jak zrobiło mi się niedobrze to nie do końca zrozumiałam co do mnie mówisz. Jaka jest ta twoja misja. - zapytała Therese grzebiąc w pustej misce łyżką. 

 - W skrócie, to nasz król wyznaczył mnie do zadania polegającego na zdobyciu części mapy do pewnego miejsca. Wie, że orki, z którymi aktualnie za bardzo się nie lubimy planują atak na nasze tereny. Właściwie to już zaczęli co jakiś czas niby "przez przypadek" bezcześcić nasze lasy. Ale raczej nie dojdzie to bezpośredniego starcia dopóki nie dostanie tego! - tym razem dokładnie rozwinął na ziemi szczętki papieru. 
Była to faktycznie mapa. Jednak niekompletna. Teri rozpoznała co to jest. Kiedyś przeczytała o tym, kiedy włamała się wraz z Felisią do działu ksiąg zakazanymi w szkolnej bibliotece.
- To mapa do Świętego Graala! Czytałam kiedyś o tym. Podobno pozwala osiągnąć sporą moc.

- Dokładnie! Dlatego nie może to wpaść w ręce orków. Prawdopodobnie mają już parę części mapy do tego artefaktu... Aż strach pomyśleć jakby go skompletowali. Najpierw padnie forteca, potem cytadela... no i w końcu my.

- Już rozumiem. Słyszałam trochę o sytuacji jaka panuje między rasami. Ludzie są teraz po stronie orków i wystawili elfów, chociaż od zawsze panował miedzy nimi sojusz. Szajba im odbiła!

- Mhm. Dlatego muszę jak najszybciej odeskortować to do bazy. Ten koleś, któremu to zwinąłem pracuje dla orków. Jakimś cudem udało mu się to znaleźć obelisk, a tym samym uzupełnić mapę. Ten skrawek natomiast odebrał mojemu starszemu bratu... zabijając go przy tym! - oczy Rexa zaszły łzami, ale dobrze to okrywał. 
Teri bez namysłu od razu zareagowała. Zbliżyła się do niego i poklepała po ramieniu.

- Wiem jak to jest stracić kogoś bliskiego. Mój tata... był wyjątkowym człowiekiem. Nauczył mnie wierzyć w siebie i nie polegać ze wszystkim na innych. Natomiast moja mama i przyjaciółka... No cóż, poczułam się przez nie zdradzona tego dnia, którego wyruszyłam w drogę.

Chłopak lekko otarł oczy w rękaw po czym powiedział:
- Właśnie. Teraz twoja kolej. Co sprawiło, że jesteś tu gdzie jesteś?

- No wiesz jak to jest. Ktoś łamie Ci nos, a później okazuje się całkiem spoko. 
Oboje wybuchnęli śmiechem, więc trochę zajęło zanim mogła kontynuować.

- A tak serio to jestem tu aby rozwiązać pewną zagadkę. Cała sprawa jest mocno powiązana z nekromantami i czuć w niej zapach zgnilizny. Rosną w siłę i być może wkrótce będą większym problemem niż orkowie! - w jej głowie wciąż dudniło  "Czy dobrze robię? Powinnam zaufać? Ale on jest taki prawdziwy!" - Przy okazji odkrywam swoje przeznaczenie. To ono pcha mnie do przodu...

- Łał! To na prawdę jest poważna sprawa. Nie miałem o tym zielonego pojęcia. - oczy Rexa zrobiły się jakby większe. - Postaram Ci się pomóc, jeśli tylko będę w stanie.

- Za to ja pomogę Ci dokończyć zadanie brata. Tak aby jego poświęcenie nie poszło na marne. 
Obietnice zawisły w powietrzu, a dzika natura zdawała się być ich świadkiem - Wiatr poruszał płomieniami sprawiając, że wyginały się w fikuśne kształty oświetlając dwoje ludzi patrzących sobei w oczy. 

***

Ognisko całkowicie się wypaliło. Teri leżała na drewnianej podłodze młyna. Nie była z stanie zasnąć, wciąż mając ostatnią wizję z tyłu głowy. Gdy tylko stwierdziła, że Rex znajduje się już w głębokim letargu, wyszła na palcach. 
Panowała głęboko noc. Jedynie parę gwiazd oświetlało okolicę, więc nie widziała za wiele. Chciała jak najszybciej zaczerpnąć porady, żeby rozwiać w jakimkolwiek stopniu swoje wątpliwości. Oddaliła się od budynku i zaczęła szukać w talii karty z napisem "Cesarzowa". Wtem usłyszała kroki... z ciemności wyłoniła się masywna sylwetka zbliżająca się w stronę Therese.


cdn. 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz